Do wyprowadzki został miesiąc. Co raz bardziej się denerwuje i
zamartwiam. Nie mogę zrozumieć dlaczego to dla mnie takie trudne.
Przecież od zawsze pragnęłam mieć swojego faceta na co
dzień. Gotować, oglądać filmy nocami, budzić się i zasypiać przy Nim. A
jak przychodzi co do czego, to trzęsę się jak osika i gotowa jestem
zrezygnować, dalej się męczyć, a potem żałować. Ale teraz nie ma już
odwrotu. Nieświadoma nadopiekuńczość mamy zrobiła mi większe dziury w
mózgu niż przypuszczałam.
Jednego dnia chce mi się śpiewać z radości! Drugiego mam milion wątpliwości:
- Co jeśli nie będziemy potrafili ze sobą mieszkać?
- Co jeśli nasz związek trwa tyle lat tylko dlatego, że nie widzimy się codziennie?
- Co jeśli się sobą znudzimy?
- Co jeśli się rozstaniemy?
- Co jeśli się nie przyzwyczaję do mieszkania poza domem?
- Co jeśli tęsknota za mamą, tatą, bratem i ukochaną kotką przysłoni mi cały świat?
- Co jeśli nie będzie nam starczało pieniędzy na wynajem i życie?
- Co jeśli nie będę potrafiła gospodarować mieszkaniem?
Tak bardzo bym chciała wykrzesać z siebie radość, pozytywne emocje i z
dreszczem podniecenia oczekiwać pierwszego września, ale najzwyczajniej w
świecie nie potrafię. Całe dobro, które mnie spotyka traktuję jak karę.
I gdyby nie to, że nie stać mnie na psychologa, już dawno zapisałabym
się na terapię.
Wiem też, że szybko zapomnę o wadach i sprawach, które mnie tak bardzo w
rodzinnych lokatorach wkurzały. Zapomnę o nich i będę pamiętać o samych
zaletach. Będę ich idealizować.
Jestem tak bardzo beznadziejna, że aż się sobą brzydzę.
Cholera. Potrzebuję czegoś. Potrzebuję znaleźć gdzieś ukojenie. Tylko nie wiem gdzie szukać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz