106. ... to ona płacze deszczem...

Do wyprowadzki został miesiąc. Co raz bardziej się denerwuje i zamartwiam. Nie mogę zrozumieć dlaczego to dla mnie takie trudne. Przecież od zawsze pragnęłam mieć swojego faceta na co dzień. Gotować, oglądać filmy nocami, budzić się i zasypiać przy Nim. A jak przychodzi co do czego, to trzęsę się jak osika i gotowa jestem zrezygnować, dalej się męczyć, a potem żałować. Ale teraz nie ma już odwrotu. Nieświadoma nadopiekuńczość mamy zrobiła mi większe dziury w mózgu niż przypuszczałam.
Jednego dnia chce mi się śpiewać z radości! Drugiego mam milion wątpliwości:
- Co jeśli nie będziemy potrafili ze sobą mieszkać?
- Co jeśli nasz związek trwa tyle lat tylko dlatego, że nie widzimy się codziennie?
- Co jeśli się sobą znudzimy?
- Co jeśli się rozstaniemy?
- Co jeśli się nie przyzwyczaję do mieszkania poza domem?
- Co jeśli tęsknota za mamą, tatą, bratem i ukochaną kotką przysłoni mi cały świat?
- Co jeśli nie będzie nam starczało pieniędzy na wynajem i życie?
- Co jeśli nie będę potrafiła gospodarować mieszkaniem?

Tak bardzo bym chciała wykrzesać z siebie radość, pozytywne emocje i z dreszczem podniecenia oczekiwać pierwszego września, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafię. Całe dobro, które mnie spotyka traktuję jak karę. I gdyby nie to, że nie stać mnie na psychologa, już dawno zapisałabym się na terapię.
Wiem też, że szybko zapomnę o wadach i sprawach, które mnie tak bardzo w rodzinnych lokatorach wkurzały. Zapomnę o nich i będę pamiętać o samych zaletach. Będę ich idealizować.
Jestem tak bardzo beznadziejna, że aż się sobą brzydzę.
Cholera. Potrzebuję czegoś. Potrzebuję znaleźć gdzieś ukojenie. Tylko nie wiem gdzie szukać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.