Jeszcze kilka lat temu wstydziłam się siebie i swojej kobiecości. Z
nienawiścią patrzyłam na swoje duże cycki i krągłe biodra. Tępiłam
zachowanie dziewczyn, które udają głupiutkie, nieśmiałe i bezsilne dla
facetów. Komedie romantyczne? Fuj. Spódnice, obcasy? Nic gorszego. Tak
jak kosmetyki do makijażu, frotki do włosów, lakiery do paznokci. I
wiele, wiele innych.
Byłam chłopaczarą od zawsze. Na wczesnoszkolnych balach nigdy
księżniczką - a jeśli już, to tą złą. Nie chciałam lalek a samochody i
klocki Lego. Kochałam chodzenie po drzewach i bicie chłopaków, zazwyczaj
starszych ode mnie.
Potem nadszedł czas na szerokie ubrania, co by mą kształtującą się
kobiecą figurę zakryły, skejtowskie buty i krótkie włosy (teraz
najchętniej spaliłabym wszystkie zdjęcia z tamtego okresu, ale zostaną,
ku przestrodze).
W wieku 15-16 trochę dałam na luz, ale i tak się dziwię, że ktoś się mógł we mnie zakochać.
Być kobietą zaczynam, tak w pełni, być dopiero teraz. Spostrzegłam, że
mogę zamienić swoje słabości w zaletę, a co więcej, wcale nie muszę się
ich wstydzić. Płacz i strach mi przystoi. Dosyć bycia twardzielką!
To, że jestem samowystarczalna, pozostawiam dla siebie. Nie muszę sobie
ze wszystkim hardo radzić, bo facet radzi sobie za mnie i to z
nieukrywaną przyjemnością.
Z perspektywy czasu wygląda mi to na bajkę o Brzydkim Kaczątku.
Dopiero niedawno zaczęłam być kobietą i mi się to bardzo, ogromnie, cholernie podoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz