Kiedy zostałam rzucona na pożarcie obcych, a było to tydzień temu,
miałam na głowie ośle uszy, a na piersi kartkę z której krzyczał napis:
INNA! NIESWOJA!
Nie miałam praktycznie żadnej wiedzy o podstawach bycia pieszo i
samodzielnie w dużym mieście. Nie wiedziałam jak czytać rozkład jazdy
MPK, jak kupować bilety w tramwaju, na który przystanek się udać. Nie
wiedziałam kiedy wcisnąć guzik otwierający drzwi ("Jak wcisnę przed
przystankiem, to czy aby tramwaj się nagle nie zatrzyma? Mam wcisnąć jak
się zatrzyma czy jak będzie dojeżdżał do wyznaczonego miejsca? Może w
ogóle nie przyciskać a one i tak się otworzą?) i nie byłam pewna czy
w ogóle dojadę do upragnionego miejsca. Co z tego, że damski głos czyta
z głośników po kolei nazwy przystanków a i na wyświetlaczu leci ta sama
informacja. Ja myślałam tylko o jednym: co zrobię jak ten cholerny
tramwaj nie zatrzyma się tam gdzie chcę?
Znam Wrocław. Z perspektywy pasażera i kierowcy samochodu. W
trybie pieszym zawsze miałam trzymającą mnie kurczowo męską, dużą dłoń
mojego mężczyzny, który mnie prowadził niczym dziecko we mgle. Teraz jej
nie było, więc mogłam tylko łkać cichutko w środku.
Tak minął piątek, sobota i niedziela. I chociaż przez te trzy dni
ogarnęłam podstawy podstaw, czuję się tam nieswojo, obco i czasami
niebezpiecznie.
Ale co tu się dziwić - jestem małomiejską dziewką, która wielbi lokalne
góry, lasy, ciszę i spokój na ulicach po godzinie osiemnastej, nie
drapacze chmur, tłumy, hałas i równy teren gdzie okiem nie sięgnąć.
Duże miasta owszem, ale tylko turystycznie.
Z tego wszystkiego zapomniałabym dodać: biblioterapia jest mega zajebista.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz