Nowy Rok szumnie wkroczył w moje życie. Rozepchał się i rozsiadł
wygodnie, a ja nie mam innego wyboru jak tylko go uczynnie ugościć.
Tchnięta optymizmem spoglądam na wirujące płatki śniegu, mieszkanie w górach sprawia, że kocham zimę.
Siedzę i myślę: co ze mną będzie?
Nowy Rok przyniósł jedno, szczególne postanowienie, zadbać o siebie. W
związku z tym styczeń zaczęłam od lekarzy. Musiałam powtórzyć badania
krwi pod kątem niedoczynności tarczycy. Długo z tym zwlekałam, nadal
panicznie bojąc się igieł, ale już dość tchórzostwa. Punkt ósma stawiłam
się w przychodni i podciągnęłam rękaw. Dzisiaj tylko dwie fiolki, na
szczęście.
Wybrałam się również do alergologa, bo ostatni raz byłam tam sześć lat
temu. Mam silną alergię na roztocza i nic z nią nie robiłam, pomijając
tabletki rozkurczające oskrzela. Finalnie dostałam tabletki i inhalator,
a za tydzień kolejne testy, aby w końcu stwierdzić czy mam tą
nieszczęsną astmę czy też nie.
Jednak zeszły wtorek przyniósł mi nowe zmartwienia. Po przebudzeniu
miałam tak silne zawroty głowy, że po raz pierwszy doświadczyłam
"wirowania świata" przed oczami. Przypadkowo zmierzyłam ciśnienie -
170/110. Kolejne leki, stwierdzone nadciśnienie, nie wiadomo tylko czym
jest spowodowane, poniedziałkowe wyniki dadzą podpowiedź, prawdopodobnie
kwestia niedoczynności tarczycy. Aktualnie pozostaje mi codziennie
mierzyć ciśnienie i zażywać tabletkę w przypadku podwyższonego.
Z mniej dołujących informacji:
Jutro obrona i będę dzierżyć w ręku dyplom biblioterapeuty.
A ponadto, troszcząc się o swojego bloga, rozpoczęłam WYZWANIE 52. Jedna notka w tygodniu - zobaczymy czy się uda.
No to, szczęśliwego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz