Zauważyłam, że ja, w moim długoletnim związku, przechodziłam przez kilka etapów.
Pierwszy z nich odbywał się, gdy miałam szesnaście-osiemnaście lat i trwał trzy pierwsze lata mojego bycia z Nim.
Był
to etap motylków w brzuchu, rumieńców na twarz, bezgranicznej miłości i
całego szaleństwa jakie niesie ze sobą zakochanie. W tym czasie,
jakkolwiek dziwnie i groteskowo to brzmi, byłam mentalnie gotowa na
małżeństwo, macierzyństwo, śmierć z miłości i złotą klatkę.
Drugi
etap, dziewiętnaście-dwadzieścia był raczej spokojny. Bez fajerwerków,
górnolotnych marzeń. Ot zwykły związek. Etap ten przyniósł ze sobą coś
jeszcze - wycofanie. Wycofanie z tej mentalnej gotowości. Na samo
wspomnienie ślubu (przez pryzmat dalekiej przyszłości) uciekałam z
krzykiem gdzie pieprz rośnie. Bo jak to, ja? Mam się dać zniewolić? Z własnej woli? O nie, nigdy!
Etap
trzeci był jeszcze gorszy. Trwał około roku. Był pełen zwątpienia,
niechęci, gdybania, imprezowania z kolegami, piciem wódki w samochodzie,
Woodstocku, koncertów punk rockowych i ranienia. Wstydzę się siebie z
tamtego okresu. Pytania: czy to na pewno On ma być tym jedynym? Czy warto? Po co to wszystko? Nie lepiej imprezować? Po co być wiernym?
były w mojej głowie na porządku dziennym. Bałam się, a jednocześnie
robiłam wszystko, żeby to był koniec. Zupełny, po czterech latach. Ale
On to wytrzymał i zwalczył uczuciem. Będę Mu za to wdzięczna do końca
życia.
Ostatni etap trwa od 2010 roku do teraz. Ma przebieg zbliżony
do pierwszego, ale z ogromną dawką doświadczenia życiowo-miłosnego. Bez
szaleństwa, z wielką miłością, wzajemnym poszanowaniem, zaufaniem. Z
planami i nadzieją na przyszłość.
I co najważniejsze, chyba staję się gotowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz