Doszłam do takiego etapu w swoim życiu, w którym zaczęłam się dobrze
czuć ze sobą i swoim własnym ciałem. Stojąc przed lustrem nie widzę
samych mankamentów - zamiast tego spostrzegam ładne oczy, cerę, piersi,
talię. Dotarłam do miejsca, w którym pełne uda i pośladki zupełnie mi
nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie.
Z ręką na sercu przyznam, że
nigdy nie czułam się podobana, w momencie, w którym wszystkie koleżanki
się tak czuły - w gimnazjum czy liceum. Potem spotkałam Jego, ale cóż z
podobania się jednej osobie, która na dodatek Cię kocha?
Śmiem
jednak twierdzić, że ten owy brak zainteresowań moją osobą w
szczenięcych latach to efekt moich kompleksów. Ludzie nie widzieli we
mnie fajnej, pewnej siebie dziewczyny, tylko taką zakompleksioną ciągle
się garbiącą, wstydzącą się swoich dużych piersi w porównaniu z
miseczkami 0 tudzież A koleżanek.
Teraz jestem pewna siebie i inni
to widzą. Polubiłam sukienki, zakładam pończochy, kupuję ubrania na
które nigdy bym nawet nie spojrzała, wreszcie właściwie dobrałam sobie
biustonosz. Zauważyłam, że moje ciało jest proporcjonalne praktycznie do
wszystkiego. A co z tego, że większość moich koleżanek jest szczupła?
Ja nie jestem i wiesz co? Dobrze mi z tym. Po prostu cud, miód i maliny.
Albo orzeszki jak kto woli.
Odkąd zmieniłam styl i ubierania i
sposób myślenia, zostaję zauważana w mieście przez kobiety i mężczyzn.
Kilka dni temu najpierw w pracy mama mojej przyjaciółki skwitowała mnie
słowami: "Ale schudłaś!" Pokazałam jej, że owszem, w głowie. W tym samym
dniu w sklepie spotkałam swoją nauczycielkę z liceum, która popatrzyła
na mnie w taki sam sposób i powiedziała te same słowa.
Fakt, że
schudłam nie jest najważniejszy, ponieważ ja tego nie zauważam. Chyba
tak mają wszystkie kobiety odchudzające się, że one nie zauważają swojej
utraty wagi a reszta świata zauważa. Dla mnie jednak to nie jest
najważniejsze.
Ja po prostu pokochałam samą siebie...
Kochajcie siebie (i się). To najlepsze lekarstwo - na wszystko!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz