Jeszcze do niedawna uważałam niektóre swoje pomysły za dość oryginalne,
żeby mogły zaistnieć. Nigdy nie szłam w kierunku rozpierdolenia świata
literacko-czytelniczego na drobny mak, swoją t(fu!)rczością, ale tak po
prostu, jak każdy, jak wielu, chciałam się w nim po prostu pojawić.
Nie
narzekam na brak tego, co lubimy nazywać weną, ale czy to w ogóle
wszystko ma sens? Setki razy czytałam to, co dotychczas zrobiłam i setki
razy sobie gratulowałam wytrwałości. Setki razy mi się to podobało, a
teraz nie mogę na to patrzeć. Plik wordowski spogląda mi w oczy, a ja
najchętniej bym go rozdarła na milion drobnych kawałków.
"Przyjaciele", proszeni o przeczytanie i ocenienie, jasne, plik na maila przyjmują, po to, żeby został tam na wieki zapomniany.
Inni z kolei, tacy jak mój ukochany D., wzbraniają się przed tym rękami i nogami, tłumacząc, że przeczytają jak będzie całość.
Wtedy, to się w dupę ugryź! Wtedy Twoja opinia mi nie będzie do niczego potrzebna!
Mam
wielki kryzys i stało się to, co zwykło się stawać. Straciłam wiarę w
siebie, w swoje możliwości, czyli jest jak, kurwa, zwykle!
Chcę mi się krzyczeć, wyrywać włosy z głowy i zniknąć. Ze wstydu i rozczarowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz