86. Kryzys wielki jak dziura ozonowa

Jeszcze do niedawna uważałam niektóre swoje pomysły za dość oryginalne, żeby mogły zaistnieć. Nigdy nie szłam w kierunku rozpierdolenia świata literacko-czytelniczego na drobny mak, swoją t(fu!)rczością, ale tak po prostu, jak każdy, jak wielu, chciałam się w nim po prostu pojawić.
Nie narzekam na brak tego, co lubimy nazywać weną, ale czy to w ogóle wszystko ma sens? Setki razy czytałam to, co dotychczas zrobiłam i setki razy sobie gratulowałam wytrwałości. Setki razy mi się to podobało, a teraz nie mogę na to patrzeć. Plik wordowski spogląda mi w oczy, a ja najchętniej bym go rozdarła na milion drobnych kawałków.
"Przyjaciele", proszeni o przeczytanie i ocenienie, jasne, plik na maila przyjmują, po to, żeby został tam na wieki zapomniany.
Inni z kolei, tacy jak mój ukochany D., wzbraniają się przed tym rękami i nogami, tłumacząc, że przeczytają jak będzie całość.
Wtedy, to się w dupę ugryź! Wtedy Twoja opinia mi nie będzie do niczego potrzebna!

Mam wielki kryzys i stało się to, co zwykło się stawać. Straciłam wiarę w siebie, w swoje możliwości, czyli jest jak, kurwa, zwykle!
Chcę mi się krzyczeć, wyrywać włosy z głowy i zniknąć. Ze wstydu i rozczarowania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.