Znasz to uczucie, gdy ostro zakończona igła przebija się przez Twoją
skórę, dociera do żyły i rozpoczyna swoje pasożytnictwo - niczym kleszcz
tudzież komar wysysa krew najpierw do swojego odwłoku, a finalnie do
szklanych próbek?
Jestem w tym wszystkim nowa, całe dwadzieścia dwa
lata z haczykiem udawało mi się uniknąć tej sytuacji. Czynności, która
mnie paraliżowała. Wystarczy, że udasz trzymanie strzykawki w dłoni albo
uszczypniesz mnie w miejscu pobierania krwi, a mnie już bolą żyły.
Autentycznie, odczuwam fizyczny ból gdy tylko pomyślę o kłuciu. Albo
zwyczajnie psychika mnie boli. Wolę tatuowanie niż pobieranie krwi...
Tak
czy siak, trzy fiolki z moją drogocenną, góralską krwią pojechały do
laboratorium, a w zamian jutro podeślą zwitek papierków, które orzekną
moją chorobę czy też podkreślą zdrowie.
Mam pewne obawy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz