Należę do ludzi, którzy się nie poddają niezależnie od siły wiatru, który daje po oczach. Nie
drzwiami, to oknem. Takim sposobem, w akcie desperacji po minionej
cztery dni temu szóstej rocznicy, po ogólnorodzinnej burzy mózgów
narodził się nowy pomysł.
Pomysł na zagospodarowanie mieszkania, niemałej ruiny po zmarłej prababci. Mieszkanie miał wyremontować i
użytkować brat mój (sztuk jeden) z domniemaną/obecną/przyszłą*
(niepotrzebne skreślić) dziewczyną, ale z kolei ten pomysł
został wypchnięty przez nowy, mianowicie budowę domu dwurodzinnego wraz z
rodzicami mymi. Koniec końców mieszkanie stoi puste i coraz bardziej
się zagraca. Dlaczego więc nie miałabym skorzystać z niego ja wraz z mężczyzną mojego życia?
Finansowo trochę bardzo popłyniemy: mieszkanie trzeba wykupić, ocieplić
podłogi, położyć panele, kafelki, pomalować ściany, sufity, zrobić
ogrzewanie, kupić i wstawić okna, zburzyć ścianę i zrobić całą łazienkę,
do tego meble, wyposażenie kuchni i... ojacię. Wszystko. Ale czego się
nie robi dla wspólnego mieszkania?
Szczęście mam takie, że zarówno
mój tatuś i chłopak mają po złotej ręce i większość prac, w zależności
od wolnego czasu, zrobią sami. I może takim sposobem, za jakiś rok,
mieszkanie nada się do zamieszkania. A za dwa, trzy, przeniesiemy się do
mojego tymczasowego, rodzinnego mieszkania, które opustoszeje, gdy
reszta przeniesie się do wybudowanego domu.
I wszyscy będą żyli długo i szczęśliwi, a i seks przestanie mieć smak adrenaliny - w końcu.
Ładna bajka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz