78. Jak domek z kart, jedno dmuchnięcie

Nie planuj, człowieku. Nie ma nic gorszego w planowaniu. I wcale mi nie chodzi o utratę spontaniczności, często dożywotnią, a o to, że plany zawsze się sypią.
Magisterka pozostaje poza moim tegorocznym zasięgiem, gdyż po prostu nie stać mnie, aby zapłacić z góry za pierwszy semestr. A potem modlić się do Boga/Diabła/Wszystkich Świętych/Drewnianego Bożka o to, żeby resztę rozłożyli na raty.
Zadowalam się więc podyplomówką z biblioterapii i uczciwie przyznaję, że już się doczekać nie mogę.
Brak magisterki = brak mieszkania z moją drugą, lepszą, połówką. Nadal! Duszę się już bez niego. Nużą mnie spotkania jak za czasów gówniarskich. Za dwadzieścia pięć dni mamy szóstą rocznicę, a ja w dalszym ciągu mogę wyliczyć na palcach swoich członków noce i poranki, które z nim spędziłam. Sytuacja robi się tym gorsza, że On zaczął na całego myśleć o legalizacji naszego jestestwa (o-mój-Boże!).
Mam wrażenie, że wszystko co było ułożone w mojej głowie przewraca się niczym domino. Jedna rzecz za drugą.
Aqua aerobic, gapienie się w pola/lasy/góry, wąchanie Jego szyi, skrupulatne pisanie swojej powieści - rzeczy, które na dzień dzisiejszy przynoszą mi ukojenie. Zwłaszcza wąchanie szyi.

Dead Man's Bones

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.