Nie planuj, człowieku. Nie ma nic gorszego w planowaniu. I wcale mi nie
chodzi o utratę spontaniczności, często dożywotnią, a o to, że plany zawsze się sypią.
Magisterka
pozostaje poza moim tegorocznym zasięgiem, gdyż po prostu nie stać
mnie, aby zapłacić z góry za pierwszy semestr. A potem modlić się do
Boga/Diabła/Wszystkich Świętych/Drewnianego Bożka o to, żeby resztę
rozłożyli na raty.
Zadowalam się więc podyplomówką z biblioterapii i uczciwie przyznaję, że już się doczekać nie mogę.
Brak
magisterki = brak mieszkania z moją drugą, lepszą, połówką. Nadal!
Duszę się już bez niego. Nużą mnie spotkania jak za czasów gówniarskich.
Za dwadzieścia pięć dni mamy szóstą rocznicę, a ja w dalszym ciągu mogę
wyliczyć na palcach swoich członków noce i poranki, które z nim
spędziłam. Sytuacja robi się tym gorsza, że On zaczął na całego myśleć o
legalizacji naszego jestestwa (o-mój-Boże!).
Mam wrażenie, że wszystko co było ułożone w mojej głowie przewraca się niczym domino. Jedna rzecz za drugą.
Aqua
aerobic, gapienie się w pola/lasy/góry, wąchanie Jego szyi, skrupulatne
pisanie swojej powieści - rzeczy, które na dzień dzisiejszy przynoszą
mi ukojenie. Zwłaszcza wąchanie szyi.
♪ Dead Man's Bones
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz