Wiele dni stresu, palpitacji serca, makabrycznego masochizmu myślowego,
aby finalnie nieruchomo siąść na krześle na bliżej nieokreślony czas.
Czekasz na pierwsze uderzenie, pocą ci się dłonie, stopy, czoło, nie
wiesz do czego porównać ból, który w końcu nadejdzie - to przeraża
najbardziej. Brak porównania.
W końcu moment ten nadchodzi. Kilka
igieł tańczy po ciele zostawiając trwały, niezmywalny ślad. Okazuje się,
że twoje wyobrażenia były mylne i nie mdlejesz/nie płaczesz/nie
gryziesz palców i nie zaciskasz zębów.
Nadchodzi koniec. Po godzinie wstajesz i możesz się obejrzeć. Dostajesz rumieńców a usta rozciągają się w szerokim uśmiechu.
Jestem
na maksa szczęśliwa i wciąż nie dowierzam. Po raz pierwszy cieszą mnie
lustra w trzech na pięć pomieszczeń, mogę się upewniać i przecierać oczy
ze zdumnienia, że naprawdę to zrobiłam. Naprawdę się odważyłam. Przez
środek pleców przebiega mi pióro i fruwają ptaki. Miało być małe -
wyszło jak zwykle. Jak dziecko nie mogę się doczekać końca gojenia.
♥ Burza z deszczem jest idealnym zakończeniem dnia. ♥
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz