Zdaje się, że patrząc na swoje odbicie w lustrze nie widzę prawdy. Nie
widzę rzeczywistej siebie. Obraz jest zakłamany niczym anorektyczki, z
tym, że działa w drugą stronę.
Patrząc na siebie w lustro widzę ładne włosy, piękne niebieskie oczy, kobiece wcięcie w talii i niezłe nogi.
Oglądając siebie na fotografiach widzę jedną wielką bezkształtną masę. Grube, niekobiece, nieboskie stworzenie.
Oczywistością
jest, że któryś wizerunek kłamie. Tylko który? Gdzie jest więc prawda?
Silę się na idealizowanie siebie, kiedy tak naprawdę wyglądam co
najmniej nieatrakcyjnie?
Wiem, że większość kobiet nie wierzy w
męskie słowa "jesteś najpiękniejsza". Teraz mam poczucie, że już nigdy
nie zdołam uwierzyć swojemu mężczyźnie, gdy będzie mi szeptał te słowa
do ucha...
Pomimo mojego ogromnego dystansu do siebie, czuję się źle
oglądając fotografie z wczorajszego wesela, na którym bądź co bądź
bawiłam się przednio.
Chcę zwalić winę na fakt, że we wtorek
będę tatuowana. Fakt ten mnie przeraża i sprawia, że jak tylko o tym
pomyślę to mój żołądek zwija się w jedną ciasną kulkę, pełną kłujących
szpilek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz