To pierwsze święto zakochanych, którego nie spędzamy razem. Lubię
Walentynki. Mimo, że przesłodzone, komercyjne - kogo to obchodzi, jeśli
ma jeden dzień więcej w roku, w którym może świętować z ukochanym?
Ciężko mi było wstać do pracy z myślą, że dziś Go nie przytulę, nie zobaczę, nie wyszepcę, że kocham...
Walentynki
są jak Wigilia. Mimo, że brak rodziny odczuwa się większość czasu, to
właśnie w Wigilię boli to najbardziej. Podobnie teraz. Żyjemy ze sobą
tylko weekendami i jakoś sobie radzimy, ale dzisiaj było ciężko.
Musiałam postawić ścianę między świadomością a nieświadomością, żeby
jakoś funkcjonować, bo poszło by lawinowo. Od samotnych Walentynek, po
mijający czas i tęsknotę za dzieciństwem, kończąc na strachu o
przyszłość.
Wszystko się zmieniło gdy weszłam do domu i spostrzegłam
bukiet pięknych, czerwonych róż, których się kompletnie, totalnie i
całkowicie nie spodziewałam.
Byle do piątku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz