Z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach. Z moją wychodzi się wszędzie dobrze, ale to inna bajka.
Z rodziną mojego wybranka nawet na fotografiach kiepsko się wygląda. Pomijając to, że się z nimi nie fotografuję.
Poniedziałkowa wizyta przekroczyła granicę absurdu w moim rozumowaniu.
-
Tak, proszę, wejdźcie w butach na białe, lśniące kafelki, mimo że pół
ranka spędziłam z chłopakiem na ich zamiataniu i myciu. A nie... moment,
przecież Wy nawet nie pytacie czy możecie!
- Ależ proszę, zapraszam
do mojej kuchni, proszę strzelić rentgena po szafkach, lodówce,
ponarzekać na podręczne wyposażenie, proszę przygotować obiad. A nie...
moment, przecież Wy nie pytacie! Wy czujecie się jak w swoim chlewie!
- Tak, skrytykujcie piękne, nowoczesne wrocławskie mieszkanie, że ma zły układ i wygląda śmiesznie.
-
Jasne, proszę się nie krępować, jedzcie jak świnie, brudźcie się
jedzeniem, bekajcie, siorpcie, zapraszajcie obcą osobę na obiad.
Siedźcie obok mnie i traktujcie mnie jak powietrze.
Jestem w szoku do dziś i nie mogę się z niego otrząsnąć. Boję się wspólnej przyszłości!
Nieco optymistycznej.
Moja
powieść nabiera kształtów. I rumieńców. Nie miałam w życiu większego
marzenia aniżeli zostać pisarką, pisać i wydawać. A skoro Katarzyna
Berenika Miszczuk może, to ja nie mogę?
Jeśli ktoś chętny, kto poświęci swój czas na czytanie pięćdziesięciu sześciu stron A4, to proszę pisać.
Pod warunkiem, że usłyszę konstruktywną, kulturalną krytykę, nie podetnie się mi skrzydeł i nie zmiesza z błotem. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz