Spisane o 2:35.
Nie wyobrażam sobie życia bez tabletek. Ostatnio ciągle je mam przy
sobie, nawet jeśli wyjeżdżam gdzieś tylko na parę godzin. Jeszcze do
niedawna tak nie było. Łykam jedną, po czym czekam trzydzieści,
czterdzieści minut, aż zacznie działać. Kaszlę, krztuszę się i pomimo
ogromnego ciężaru napierającego na moje powieki, muszę siedzieć. Nie
mogę spać.
Mija wyznaczony przeze mnie czas, oddech nadal nie jest spokojny, nadal
bolą mnie żebra i skóra, z trudem oddycham. Decyduję się na drugą
tabletkę, chociaż wiem, że nie powinnam. Znowu uparte wpatrywanie się we
wskazówki, które odmierzają czas. Cichnie kaszel, cichnie charczenie,
mogę w miarę głęboko odetchnąć. W zamian trzęsą mi się ręce. Cała się
trzęsę. Tak jak teraz. To nic w porównaniu z tym jak czułam się przed
drugą tabletką.
2:45. Powoli mogę układać się do snu, na półsiedząc. Zastanawiam się czy
się obudzę w nocy z trudem łapiąc oddech. W moim organizmie mam 8mg.
Nadal się trzęsę.
Frustruję mnie fakt, że zamiast myśleć o dzisiejszych urodzinach D., ja
zastanawiam się jak skończę. Co ze mną będzie za bliżej nie określony
czas.
Zamiast myśleć o radości z faktu posiadania Jego przy moim boku, ja
czuję tylko gorzki smak w ustach. Widzę ruchy dłoni, których nie
kontroluję. I czuję łzy. Nie mogę przestać płakać, chociaż wiem, że to
tylko pogarsza mój stan. Już dawno się tak nie trzęsłam. Nawet serce
zaczyna mi kołatać. Jestem pierdoloną lekomanką.
Panikuję, gdy kończy mi się opakowanie tabletek. Muszę mieć przynajmniej
dwie paczki w domu, bo inaczej świruję. Są długie miesiące, w których o
nich zapominam. To nie tak, że muszę je brać zawsze.
Są tygodnie, podczas których łykam po dwie, czasami nawet trzy tabletki dziennie.
Spróbuję usnąć. Znacznie mi lżej niż pół godziny temu. Kręci mi się w
głowie. Serce czuję wszędzie, w rękach, nogach, żołądku, głowie.
I chyba się trochę boję...
2:55.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz