Mam wrażenie, że spora część Żniwiarzy wynajęła przytulny pokój w hotelu
akurat tutaj, w tej małej mieścinie w której dane mi mieszkać, a co
więcej, że mają ochotę przedłużyć rezerwację!
Pierwszy, wujek, bohater mojego dzieciństwa, jeszcze młody, nagle.
Druga, moja ukochana prababcia, za 16 dni wybije rok, a ja mam wrażenie
że otworzy drzwi jak zwykle. Niedawno, sąsiadka, najsympatyczniejsza z
całego bloku. Nieświadomie puściłam Marsz Pogrzebowy w chwili, w której
prawdopodobnie umierała. Później osiemnastolatek, podwórko dalej,
zamordowany. Kilka dni temu inny, jego rówieśnik, powiesił się w miejscu
chętnie odwiedzanym. Małe miasta mają to do siebie, że się wszystkich
zna, chociażby z widzenia. Pamiętacie Pana w Kapturze, bohatera moich
notek sprzed roku? Ma liczna rodzinę. Czworo rodzeństwa, bratowe,
bratanice, bratanków... Najmłodszy z nich, zaledwie dwuletni, zginął
tragicznie kilka dni temu. Nie mogę przestać o tym wszystkim myśleć, nie
potrafię sobie poradzić. Ponoć nie powinno bać się śmierci. Dla mnie
jest to jednak coś, co spędza mi sen z powiek, napełnia trwogą i
przerażeniem...
Oh, Death, Oh Death, my name is Death and the end is here...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz