Siedem lat temu, jako wiecznie rozczochrana, z nad wyraz rozwiniętymi
cyckami, gówniara, przeżywając kolejny kryzys samotności (etap "nikt
mnie nie chce, nikt mnie nie kocha, jestem brzydka") pisałam smsy. Do
siebie. Pisałam czułe słówka, romantyczne teksty, wyobrażając sobie, że
to pisze On, ten jedyny. Nie ukrywając tego dłużej - byłam cholernie
spragniona miłości od tej drugiej osoby, dla której byłabym
najważniejsza pod słońcem, lecz nigdy nie spodziewałam się, ba, nie
marzyłam o takiej sytuacji, w jakiej jestem teraz.
Wyobrażając sobie
związek, pomijając dobre chwile, widziałam kłótnie, w których facet
ciska przekleństwami. Jego notoryczne wyjścia z kumplami na piwo/podryw.
Widziałam własne łzy wylane w poduszkę. Bycie w związku równało się z
utratą wolności, autonomii, z drzazgą w palcu.
A tymczasem, ja po prostu żyję w bajce.
Jestem
najbardziej kochaną, szanowaną, dowartościowaną i zaspokojoną kobietą
na świecie. Nie istnieje dla mnie wspanialszy mężczyzna od niego, a ja
jestem zupełnie bez skazy. Tabula rasa. Swoją i jego miłością, mogłabym
obdarować pół Polski i nic by z niej nie ubyło. Ckliwe, co?
Tylko
takie sytuacje, jak piątkowa impreza, przypominają mi, że mam diabła za
skórą. Impreza, podczas której do swojej krwi dodałam czystą, zimną
wódkę, a przez płuca przetoczyłam średnią dawkę, pachnącej lasem i
szyszkami "Mary Jane".
Już prawie zapomniałam jak się imprezuje, a co więcej, spostrzegłam, że wcale mi tego nie brakuje.
Wreszcie zaczęłam do wszystkiego podchodzić z głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz