45. Grzeczne dziewczynki idą do nieba...

Siedem lat temu, jako wiecznie rozczochrana, z nad wyraz rozwiniętymi cyckami, gówniara, przeżywając kolejny kryzys samotności (etap "nikt mnie nie chce, nikt mnie nie kocha, jestem brzydka") pisałam smsy. Do siebie. Pisałam czułe słówka, romantyczne teksty, wyobrażając sobie, że to pisze On, ten jedyny. Nie ukrywając tego dłużej - byłam cholernie spragniona miłości od tej drugiej osoby, dla której byłabym najważniejsza pod słońcem, lecz nigdy nie spodziewałam się, ba, nie marzyłam o takiej sytuacji, w jakiej jestem teraz.
Wyobrażając sobie związek, pomijając dobre chwile, widziałam kłótnie, w których facet ciska przekleństwami. Jego notoryczne wyjścia z kumplami na piwo/podryw. Widziałam własne łzy wylane w poduszkę. Bycie w związku równało się z utratą wolności, autonomii, z drzazgą w palcu.
A tymczasem, ja po prostu żyję w bajce.
Jestem najbardziej kochaną, szanowaną, dowartościowaną i zaspokojoną kobietą na świecie. Nie istnieje dla mnie wspanialszy mężczyzna od niego, a ja jestem zupełnie bez skazy. Tabula rasa. Swoją i jego miłością, mogłabym obdarować pół Polski i nic by z niej nie ubyło. Ckliwe, co?
Tylko takie sytuacje, jak piątkowa impreza, przypominają mi, że mam diabła za skórą. Impreza, podczas której do swojej krwi dodałam czystą, zimną wódkę, a przez płuca przetoczyłam średnią dawkę, pachnącej lasem i szyszkami "Mary Jane".
Już prawie zapomniałam jak się imprezuje, a co więcej, spostrzegłam, że wcale mi tego nie brakuje.
Wreszcie zaczęłam do wszystkiego podchodzić z głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.