Ostatnio nie mam na nic czasu, zajęcia, kurs prawa jazdy, obowiązki,
książki zajmują mi większą część dnia. Laptopa biorę z doskoku, nie
czuję potrzeby siedzenia w wirtualnym świecie, mam udane prawdziwe
życie. Mimo wszechogarniającej mnie radości, nie mogę się cieszyć.
Nerwica lękowa Mamy daje mi w kość niesamowicie. Serce mi się kraje
podczas patrzenia na Nią, posiadaczkę tak cholernie silnej osobowości,
zwiniętą w kocu z oczami pełnymi łez. Moja bezsilność mnie przeraża, nie
mogę zrobić nic. Nie pomagają
prośby, tłumaczenia. Nic nie daje opieprz, krytyka. Przytulając ją mam
wrażenie, że trzymam niewładne dziecko, które nie może wyartykułować
swojego bólu, a co więcej, nic nie może na niego poradzić. Ostatnia
nadzieja w psychologu.
Może to cholernie egoistyczne, ale ja już nie daje psychicznie rady.
Mam
ochotę oderżnąć sobie nos - katar trwa już, bagatela, cztery miesiące i
końca nie widać. Łykam tabletki, robię inhalację, psikam kroplami, nic.
Od wczoraj niucham miętową tabakę, bo ktoś poradził, że to może pomóc.
Jak ząb boli, to się go wyrywa, prawda?
Cholernie zazdroszczę
Martynie Wojciechowskiej. Ona spełnia moje marzenia ale i tak ciągle mam
nadzieję, że i mi się kiedyś uda wyjechać, zobaczyć świat i to spisać,
tak po prostu.
Do tego mnóstwo roboty na uczelni, kocham
literaturę, ale wybaczcie, nie wzruszam się czytając "Pana Tadeusza."
Pomysł na pracę licencjacką? Kobiety. W literaturze. Tak czy siak,
wszystko się może jeszcze zmienić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz