To, że jestem gryzipiórkiem, widać od razu. Brakuje mi wszystkiego,
czego tylko może brakować, począwszy od czasu, skończywszy na talencie
tudzież wenie. Nie mam samozaparcia, siły przebicia, ani ponad
przeciętnego uroku (ba! nawet przeciętnego nie posiadam). Więc z czym do
ludzi dziwolągu?
Chęci i dobry pomysł to nie wszystko. Nie będą o
mnie pamiętać, bo za czterdzieści lat wyciągnę z szuflady postrzępione
kartki z wyblakłym atramentem i wpadnę w zadumę, zadając retoryczne
pytanie; dlaczego moje plany nie wypaliły. O zwyczajnych ludziach się
nie pamięta.
Pamięta się o kochankach, żonach znanych osobistości lub dobrych dziwkach z dzielnicy.
Ja,
próżnie, chciałabym, żeby za sto lat, kiedy będę już długoterminowym
pożywieniem dla mieszkańców ziemnych, ktoś komuś powiedział - "Wiesz,
była taka Marta(...)" - Na co kamień się poruszy.
"A ja wiem, że ten głaz ma także duszę,
imię ma i zaklęty w sobie czas..."
Wracając
na ziemię, przyznaję, nie potrafię być spontaniczna bez bólu.
Dotychczas każda próba kończyła się bólem serca, duszy bądź
najzwyczajniej w świecie - ciała, tak jak ta środowa - finalnie mam o
cztery dziurki w uszach więcej, a aktualnie oprócz nich, posiadam też
irytujący ból, jak tylko coś lub ktoś dotknie mojego narządu słuchu. Do
tego dochodzi jeszcze najprawdziwszy wyraz zdziwienia na twarzy, za
każdym razem jak tylko popatrzę w lustro. Koniec końców - podoba mi się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz