16. Czarnuchy

Biorę głęboki wdech, trujący dym wdziera się z impetem do mojej krtani, aby przebyć całą biologiczną drogę i finalnie siać spustoszenie w płucach. Po chwili wydmuchuję go do atmosfery. Biorę kolejny wdech, śmielszy, głębszy, łapczywy. Parę sekund i nikotyna już łączy się z moją krwią, jesteśmy jednością, ja i to małe czarne coś, co tak smakowicie kusząco pachnie - wanilią. Język wędruje po moich wargach, są takie słodkie... Tak, jestem zatruta! Dotykaj mnie! Ja wiem, że tego chcesz!
Wystawiam na szwank swoją reputację, testuję moją silną wolę, dobrze mi z tym. W chwili, w której każdy podąża pod prąd, okazuje się, że oni nadal idą w tym samym kierunku. Ja płynę z prądem i kuszę los.
Hej, o co chodzi? Przecież to cały czas ja. Rude, złośliwe stworzenie, które z nie wiadomych przyczyn upada przed Kierowcą na kolana i kładzie mu rękę na udzie (i to nawet nie w przenośni!), totalnie nie zdając sobie z tego sprawy.
Dopóki się nie dowiem, czego chcę od życia, będę z niego czerpać garściami. Bo przecież jutro mogę umrzeć, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.