Biorę głęboki wdech, trujący dym wdziera się z impetem do mojej krtani,
aby przebyć całą biologiczną drogę i finalnie siać spustoszenie w
płucach. Po chwili wydmuchuję go do atmosfery. Biorę kolejny wdech,
śmielszy, głębszy, łapczywy. Parę sekund i nikotyna już łączy się z moją
krwią, jesteśmy jednością, ja i to małe czarne coś, co tak smakowicie
kusząco pachnie - wanilią. Język wędruje po moich wargach, są takie
słodkie... Tak, jestem zatruta! Dotykaj mnie! Ja wiem, że tego chcesz!
Wystawiam
na szwank swoją reputację, testuję moją silną wolę, dobrze mi z tym. W
chwili, w której każdy podąża pod prąd, okazuje się, że oni nadal idą w
tym samym kierunku. Ja płynę z prądem i kuszę los.
Hej, o co chodzi?
Przecież to cały czas ja. Rude, złośliwe stworzenie, które z nie
wiadomych przyczyn upada przed Kierowcą na kolana i kładzie mu rękę na
udzie (i to nawet nie w przenośni!), totalnie nie zdając sobie z tego
sprawy.
Dopóki się nie dowiem, czego chcę od życia, będę z niego czerpać garściami. Bo przecież jutro mogę umrzeć, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz