Dzieła o zabarwieniu romantycznym (a zwłaszcza te sparksowskie) powinny
być wpisane na Listę Książek Zakazanych, przynajmniej kobiety ich czytać
nie powinny. No dobra, żeby nie uogólniać. JA
ich czytać nie powinnam. Źle wpływają na mój tok rozumowania, a zbyt
duża wyobraźnia porządnie zalewa oczy. Wtedy, przekonania, że to tylko cholerna książka!, cholerna fikcja literacka!, że tacy faceci nie istnieją!, na zbyt wiele się nie zdają... Bo jak już wsiąknę w powieść całą sobą, całym sercem i umysłem, to "nie ma chuja we wsi",
że tak plagiatując napiszę. No i zaczyna się jadka. Czy mój związek ma
sens, skoro nie ma w nim tego, tamtego i owego? - A przecież mogłoby to
być, skoro w książce jakoś jest. Chwilę później oblewam się gorącym
strumieniem ciepła i wyrzuty sumienia mnie dopadają. Jak ja mogłam tak
pomyśleć?! Przecież nam jest dobrze! Przecież się kochamy! Tyle czasu!
Mój świat to On, Jego świat, to ja. Jak mogłam Mu (tak, z krowy też coś mam) powiedzieć, że się wypalam, bo On
się nie stara? Przecież nam jest tak dobrze razem. I na prawdę, jest
wszystko w jak najlepszym porządku... Do czasu kiedy nie przeczytam
kolejnej książki... ;]
Czy w tej sytuacji czytanie jest autodestrukcyjne?
Panie Sparks, błagam, błagam o więcej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz