Trzynaście dni minęło od oficjalnej części, choć “oficjalna” to
stanowczo za mocne słowo. W tym roku, ku mojej uogólniającej
konsternacji, wszystko przeszło bez należytego echa, który, a jakże, być
powinien. Przecież niecodziennie mijają trzy lata wspólnego pożycia
pozamałżeńskiego. Jednakowoż te trzy lata nauczyły mnie, że mój partner
do wylewnych pod tym względem nie należy, mimo to, ja, ślepo zapatrzona
nadal mam nadzieję, że w końcu spotka mnie coś extra, oczywiście patrząc
z perspektywy okazyjności.
To były pracowite, trzy, lata. Nauczyły mnie cierpliwości, której często
dalej mi brakuję, wyrozumiałości, która nie jest moją mocną stroną,
trzymania nerwów na wodzy, która zawsze puszczają w nieoczekiwanym
momencie, płaczu na zawołanie, który przecież i tak jest prawdziwy,
tolerancji, która nadal nie tyczy się ubioru, zachowania, szybkiego
gryzienia się w język, które i tak nadchodzi za późno.
Wystarczyły trzy lata, żebym stała się dojrzalsza, w swojej
niedojrzałości, śmiała w swojej nieśmiałości, pracowita w swoim
lenistwie, spokojna w swojej wybuchowości, grzeczna w swojej arogancji,
prosta w swoim skomplikowaniu, bezwstydna w swoim wstydzie, seksowna w
swojej oschłości.
Czasami trzy lata wydają mi się całą wiecznością, potrafiły czynić cuda a
zarazem niosły niemałe spustoszenie w głowie czy sercu. Koniec końców,
nie wyobrażam sobie innego życia. Bo przecież najważniejsze, że nadal
się kochamy, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz