Nie jestem oszczędna. Zarabiam około dwóch tysięcy miesięcznie i ciągle
używam karty kredytowej i to wcale nie na przyjemności, tylko na
codzienne wydatki. Pieniędzy mi brakuje, a właściwie to nic sobie nie
kupuje. Nie pozwalam sobie na zachcianki typu drogie, modne ubrania,
buty itp. Jedyne na co sobie nie żałuję to książki.
Ale ja nie o tym.
Partner mój zarabia zazwyczaj mniej, choć to nie reguła. Jednak mimo
tego sumiennie, niemałą sumę odkłada na konto oszczędnościowe. W zeszłe
wakacje, za jego oszczędności, polecieliśmy na Teneryfę. W tym planujemy
coś tańszego, Mazury na przykład.
Ale ja nie o tym.
Podszedł do mnie ostatnio, cmoknął w usta i zdradził swoje obliczenia
finansowe. Teraz ma tyle, w tym miesiącu odłoży jeszcze tyle, w
następnych tyle i tyle, właściciel odda nam za kaucję, za rozliczenie i
tym podobne.
Mruknęłam coś w odpowiedzi, klnąc na siebie, że ja tak nie umiem, a on kontynuował: "Więc jak już tyle uzbieram, to kupię ci coś ładnego i drogiego."
Parsknęłam pierwszą rzecz co mi ślina na język przyniosła: "Ta, może konia?"
Pośmialiśmy się i temat się zakończył.
Olśniło mnie dopiero wczoraj; a co jeśli on mówił o pierścionku zaręczynowym?!
Co, jeśli nadszedł TEN MOMENT? Gardło mi ściska ze wzruszenia.
Chociaż bardziej prawdopodobna jest opcja, że się mylę, że to tylko
babskie podejrzenia, bo my tak lubimy przecież, a on miał na myśli
zupełnie coś innego.
Ale kurde, co jeśli?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz