19 kwiecień 2009 rok, Wrocław, klub Alibi, godzina 19:00, mój pierwszy w życiu koncert.
Cały
dzień to jeden wielki chaos, do osiemnastej nie wiedziałam czy uda mi
się tam być, presja Z., podziałała, urwałam się z rodzinnego wyjazdu,
wsadziłam glany na stopy i wyruszyłam. Fajny Z., kupił mi bilet
wcześniej, zawsze to piątka w kieszeni.
Wchodzimy, zajmujemy dobre miejsce, odpalamy papierosa
i grzecznie czekamy. 19:20, 19:30... Papieros za papierosem, ja co raz
bardziej zdenerwowana, że nie usłyszę Analogsów,mam tylko trzy godziny.
W
końcu pierwszy support - Kapela hardcore punk - Upside Down. Fajnie
chłopaki grali, można było się poruszać, chociaż na sali osób niewiele -
każdy czekał na gwóźdź programu.
Pogo pod sceną i wyprowadzony
przez ochroniarzy koleś - ktoś dostał z łokcia, ktoś się przewrócił,
kelnerka co rusz wymienia popielniczkę.
Minęło czterdzieści minut,
następna kapela: 1125. Facet śpiewał po polsku i po angielsku - nie
wyłapałam żadnego słowa. Głowa bolała od huku muzyki, zdarte gardło
wokalisty i błagania, żeby w końcu zeszli ze sceny...
"Z., patrz! Piguła!" - niedaleko nas, w całej okazałości.
21:30,
The Analogs wkraczają na scenę. "Jeszcze chwilę, poczekajcie, proszę!" -
wysyłam smsa rodzicom. Stroją się, zaczynają, emocje sięgają zenitu, a
ja muszę wyjść...
Nie ma nic gorszego.
12 września kolejny koncert we Wrocławiu.
Do zobaczenia, chłopaki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz